RSS Nasze Miasto Racibórz

Przedsiębiorczy samorząd

Felietony

Dlaczego nie partia?

czyli mój rozrachunek z Platformą Obywatelską

Decyzja Rafała Dutkiewicza o rezygnacji z przywództwa Polsce XXI spadła na mnie niespodziewanie. Z inicjatywą wrocławską bowiem wiązałem osobiste nadzieje. Na przekór zwyrodniałemu systemowi partyjnemu, który od lat zatruwa nasz społeczny organizm, ruch obywatelski wspierany przez lokalne stowarzyszenia, instytucje i organizacje samorządowe dawał nadzieję na odnowę życia politycznego w kraju. Partyjni oligarchowie bowiem wytworzyli mechanizmy zduszające demokrację. To przejaw słabości klasy politycznej w Polsce, gdzie mężów stanu ze świecą by szukać.

Mało wprawiony w politycznych niuansach czytelnik zapyta o różnice między ruchem obywatelskim a partią. Pierwszy jest oddolną inicjatywą, opartą na jakiejś idei lub głębokiej potrzebie zmian; to marka bez rozbudowanego systemu podległości, ze strukturami ograniczonymi do minimum. Partia z kolei jest zbiorem przypadkowych jednostek, które łączy wspólna chęć zdobycia lub utrzymania władzy i zawsze w mniejszym lub większym stopniu stanowi własność jej liderów.

A oto w niechronologicznym porządku kilka scen z życia partii:

Nie jest tajemnicą, że pierwsze polityczne szlify zdobywałem w Platformie Obywatelskiej. Miała być pierwotnie ruchem społecznym a przepoczwarzyła się w partię. Z jej ramienia startowałem do Sejmu RP. Rok później otrzymałem rekomendacje lokalnych struktur w wyborach na prezydenta Raciborza. Szybko okazało się, że Platforma tylko w nazwie jest obywatelska. Demokracja ustąpiła miejsca partyjniactwu. Z poparciem Tuska ostatecznie to Andrzej Markowiak wystartował w wyścigu prezydenckim i był to początek jego politycznej agonii. Przegrał z kretesem. Mnie przypadła rola miejskiego rajcy.

Historia raciborskiej PO jest burzliwa, pełna kaprysów i zawirowań. Jej faktyczny początek to inauguracja mandatu poselskiego Andrzeja Markowiaka. Świętowano w "Malibu". Goście powyborczego rautu wspominają exposé świeżo upieczonego posła, którego przydługą mowę wstępną miał przerwać przewodniczący Rady Miasta mówiąc: Andrzej nie pie...l! Przecież wszyscy wiedzą dzięki komu dostałeś się do Sejmu.

Na którejś sesji Rady Miasta z ust prezydenta Lenka padły następujące słowa: posła dobrze jest mieć lecz niewiele z tego wynika. To zaskakujące wyznanie pod adresem wieloletniego współpracownika i dyżurnego przyjaciela z Rud. Może jednak warto nad prezydencką tezą pochylić się nieco w kontekście specyfiki naszego lokalnego środowiska. Drobny rys historyczny powinien naświetlić pewne mechanizmy władzy. Kiedy Andrzej Markowiak po raz drugi został prezydentem Raciborza, blady strach padł na jego urzędników i kolegów. Nie od dziś dawał się im we znaki i stanowił coraz większe zagrożenie dla swojego otoczenia. Tak przynajmniej tamtejszą sytuację relacjonują jego dawni współpracownicy. "Awans" na posła był jedynym sposobem pozbycia się niechcianego gościa. Idealna sytuacja nadarzyła się gdy Donald Tusk i Maciej Płażyński postanowili wykorzystać sytuację po wyborach prezydenckich i zagospodarować elektorat Andrzeja Olechowskiego. W Gdańsku Oliwie wyznaczono miejsce konwencji założycielskiej nowego ugrupowania. Z Raciborza wybrał się na nią Henryk Kretek licząc na to, że stanie się depozytariuszem nowej politycznej marki. Tymczasem koledzy Andrzeja Markowiaka podłechtali jego próżność wskazując na Platformę Obywatelską jako polityczną windę do nieba. Negocjacje Markowiak – Kretek były trudne, przepełnione wzajemną nieufnością i uprzedzeniami. W końcu udało się dogadać dzieląc role w prywatnym folwarku, za jaki obaj panowie przez kolejne 5 lat uważali lokalną PO. Przez ten czas Andrzej Markowiak sterował ugrupowaniem z tylnego siedzenia wystawiając przed szereg swojego reprezentacyjnego asystenta.

Andrzej Markowiak był uprzejmy przed wyborami publicznie wypowiedzieć się na temat mojej kandydatury. Podkreślał, że gramy w różnych ligach. Pycha zagłuszyła wyraźne już wtedy tykanie biologicznego zegara. Cóż, dziś były poseł "gra" rzeczywiście w innej lidze – lidze politycznych oldboyów.

Pamiętam komentarz obecnego szefa koła PO Ziemia Raciborska do sprawy TW Doktor. Usłyszałem wtedy "wesołą" anegdotę o początkach partii w szeregach której, wysoką pozycję miała gwarantować pozytywna opinia oficera prowadzącego. Mój rozmówca - co istotne - legitymował się statusem osoby pokrzywdzonej sygnowanym przez IPN. Do "partii Jamesa Bonda" wstąpił, po żołniersku stawiając warunek pierwszego miejsca na liście w wyborach samorządowych. Opłaciło się; dziś zajmuje zaszczytne miejsce obok Taty Wszystkich Raciborzan jako drugi wiceprzewodniczący Rady Miasta. Jak widać w tym przypadku etyka i polityka niewiele mają ze sobą wspólnego.

Na dwa dni przed rejestracją list do powiatu posypał nam się zupełnie trzeci okręg wyborczy. Brakowało kandydatów. Byłem wtedy szefem sztabu wyborczego PO w Raciborzu. Zdesperowany by ratować listę namawiałem nawet na "start" własną teściową. Kategorycznie odmówiła. Listę uratował nikomu nie znany wtedy Łukasz Kocur. Jakie było zdziwienie wszystkich, gdy okazało się, że zdobył mandat. Marka PO zrobiła swoje. Kocur uratował nie tylko listę do powiatu ale także mój spokój rodzinny. "Mamusia" nie darowałaby mi tego do końca życia.

Andrzej Markowiak nigdy nie tolerował w swoim otoczeniu ludzi zdolniejszych, bardziej ambitnych niż on. Dlatego z Kretkiem dogadywali się idealnie. Pozostali członkowie PO to osobna historia. Takich, którzy pojawiali się na spotkaniach było w porywach dziesięciu. Rzadko jednak można było odnotować aż tak "liczną" frekwencję. Oficjalne statystyki podawały liczbę przeszło trzydziestu członków. Cóż, zdecydowana większość to martwe dusze. Zjawisko to zdumiewająco często występuje w znanych mi partiach i lokalnych ugrupowaniach. PO nie była i nie jest w tym odosobniona. Dziś sytuacja w partii jest analogiczna.

By wystartować w wyborach do Sejmu z listy PO musiałem na rzecz partii uiścić 300 zł. tzw. darowizny – przymusowej darowizny. Nie ma co narzekać. W Samoobronie Lepper wymuszał na kandydatach weksle, o czym swego czasu trąbiły ogólnopolskie media. Kandydaci z numerami jeden i dwa uiszczali kolejno 2.500 i 2.000 zł. Ostatni z listy płacił 1.500. Darowizna? - skądże. Była to de facto opłata za start. (Należy uczciwie wspomnieć, że PO nie korzystała w tym czasie z dotacji państwowych) Jedynka, dwójka i ostatnia pozycja na liście to miejsca bonusowe; można tu otrzymać najwięcej głosów oddanych na partię a nie na osobę. Wyborcy nie kojarzą często nazwisk z listy, ale odpowiada im marka ugrupowania. Głosują więc najczęściej na pierwszego, drugiego lub ostatniego z listy. Potwierdzają to badania społeczne. Lider listy ma wyłączność na bannery, billboardy i występy w telewizji regionalnej. Pozostałym startującym muszą wystarczyć kalendarzyki i plakaty. Foldery przechodziły tylko wtedy, gdy ostatnia strona zarezerwowana była na wizerunek lidera partii startującego w wyborach prezydenckich. Każdy zatem miał Donia na odwrocie. Warto wspomnieć też o limitach wydatków na kampanię wyborczą. Jedynka mogła wydać 100 tyś. zł; dwójka 50 tyś. Pozostali z listy po 12.500 zł. Bez złudzeń - partia nie dokładała się do kampanii. To kandydaci wspierali ogólnopolską akcję wyborczą PO. Przed wyborami każda partia wyznacza dwie osoby odpowiedzialne za prawidłowy przebieg kampanii: pełnomocnika finansowego oraz pełnomocnika wyborczego. Pierwszy dba by nie przekraczano limitów wydatków, drugi by nikt ze startujących za bardzo nie odstawał od przyjętego wizerunku. To partia, nie kandydaci, decyduje o hasłach wyborczych, projekcie i barwach materiałów wyborczych... Szanse na mandat mają zatem tak naprawdę tylko namaszczeni liderzy. Numer jeden na liście do Sejmu to sukces niemal gwarantowany. Pozostali kandydaci grają przeważnie rolę statystów. Głos wyborców to kropka nad "i", gdzie "i" to partyjne priorytety. A liderzy to makiaweliści, bez skrupułów wspinający się po partyjnej drabinie awansu. Mężów stanu w zasadzie nie ma, a gdy jakiś lokalny autorytet się znajdzie na liście, by podreperować wizerunek partii, to zazwyczaj na odleglejszym miejscu. Wyjątki od tej zasady tylko potwierdzają regułę. Kto zatem wybiera posłów - wyborcy? - nic bardziej mylnego.

Finansowanie kampanii wyborczej to z pozoru transparentny proces. Każda partia zobowiązana jest posiadać konto wyborcze. Kandydaci w granicach przyznanych limitów wydatków zasilają je pieniędzmi na sfinansowanie produkcji oraz dystrybucji materiałów wyborczych. Od każdej wpłaconej kwoty partia pobiera kilkuprocentowy bakszysz. Zanim materiały trafią na taśmę produkcyjną muszą uzyskać aprobatę pełnomocnika wyborczego. Przed podpisaniem zlecenia sprawdza on, czy kandydat zabezpieczył na ten cel odpowiednie środki. Zleceniobiorca opisuje zamówiony materiał mikroskopijnych rozmiarów sformułowaniem: Finansowane z funduszu wyborczego partii X, a następnie wystawia fakturę z opóźnionym terminem płatności. Realizowana jest ona przelewem z centralnego konta wyborczego partii. Procedura ta ma wyeliminować tzw. dziką kampanię wyborczą. Czy skutecznie? - skądże. Polak potrafi! By uniknąć płacenia partyjnego haraczu, kandydaci pokątnie dogadują się z producentami "wyborczej kiełbasy". Swoją polityczną "Alma Mater" oszukują nawet liderzy list. Oficjalnie zamawiają np. tysiąc ulotek, a w praktyce drukują dziesięć razy więcej. Partia wypłaca zleceniobiorcy jedną dziesiątą należnej kwoty, a kandydat różnicę uzupełnia "pod stołem". Zysk jest obopólny: przedsiębiorca płaci mniejszy podatek, a kandydat mniejszy haracz. Praktyka dość powszechna, choć oficjalnie żadna ze stron tego nie przyzna. Obowiązuje zmowa milczenia. Słowo "hipokryzja" można by odmieniać przez wszystkie przypadki.

Odkąd rozwiązano przed wyborami samorządowymi struktury powiatowe PO w Powiecie Raciborskim w partii nieustannie wrze. Wszyscy gryzą się ze sobą, a jest o co - słupki poparcia dla PO od wielu miesięcy są bardzo wysokie i na razie nie ma widoków na to by je ktoś skutecznie podpalił. W partii od zawsze było nie najlepiej z przestrzeganiem statutu, ściągalnością składek, ilością członków... Myślę, że Racibórz nie odstawał bardzo od innych regionów. I gdyby nie procesy sądowe Henryka Kretka, o których szeroko rozpisywała się lokalna gazeta to zarząd wojewódzki partii nadal nie wiedziałby, gdzie nasze miasto leży. A już na pewno mimo stwierdzonych licznych patologii nie zdecydowałby się na rozwiązanie struktur, ustanowienie komisarza i wydalenie na rok z szeregów partii jej szefa. W wyniku tych zajść najpierw wrogiem numer jeden Andrzeja Markowiaka, któremu nagle obok zabawek zabrano i piaskownicę, stała się Gabriela Lenartowicz, potem ja, później komisarz Siedlaczek. Nie od dziś iskrzy już nie tylko na linii Siedlaczek – Markowiak, ale i Siedlaczek – Lenartowicz. Markowiak wzmocnił swoje szeregi byłym radnym Stanisławem Miką oraz ludźmi z otoczenia szefowej krwiodawstwa, która przez 10 lat sama nie może brać czynnego udziału w polityce na mocy wyroków sądowych. Najśmieszniejsze jest to, że po odejściu z PO członków tzw. Nowej Generacji poza wymienionymi przez mnie osobami skład dzisiejszej PO uzupełnia lista zaledwie kilku nazwisk.

Lenartowicz chciano się pozbyć z Sejmiku, bo zaczynała być niebezpieczna. Zbyt ambitna i zbyt nieustępliwa. Od dawna bruździł jej Markowiak, a i Siedlaczek nie był jej sprzymierzeńcem. Dostała więc "synekurę" w Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska. Klasyczne "wyeliminowanie" poprzez awans. Teraz może być "apolitycznym fachowcem". Jest tajemnicą poliszynela, że dziś karty w raciborskiej PO rozdaje Wojnar, mimo że formalnie do partii nie należy. Platformę po wyborach podarowała mu w prezencie słynna (bo przecież nie święta) trójca: Lenartowicz właśnie, Siedlaczek i Jarosz. I założę się, że kandydat Wojnara na prezydenta w przyszłych wyborach, czy to będzie obecny prezydent, czy obecny starosta (o kandydaturze tej "kraczą" gołębie na raciborskim rynku), wystartuje z listy PO. Na billboardzie eurodeputowany z Gliwic poklepie go po ramieniu i sukces gwarantowany. Tymczasem formalny przewodniczący – ostatni ślad Nowej Generacji w PO – przekonuje, że polityka go nie interesuje, a w partii tylko sprząta. I ja mu wierzę, lecz wyłącznie w tej drugiej kwestii.

Przypomina mi się przedwyborcze kameralne spotkanie w saloniku konferencyjnym Hotelu Polonia. Był tam Tadeusz Wojnar, który oznajmił: Platforma to my! - wskazując na siebie. Zabrzmiało, jak nie przymierzając wypowiedź Ludwika XIV do marszałka Francji: Państwo to ja! - klasyczny przykład absolutyzmu.

Po wyborach samorządowych w raciborskiej Platformie rozgorzał spór, który potęgował się wraz ze zbliżaniem się terminu wyborów nowych władz partii. (Gdyby nie Nowa Generacja list PO w Raciborzu przypuszczalnie w ogóle by nie było). Ów spór dotyczył wizji funkcjonowania partii. Nową Generację tworzyli ludzie w większości wywodzący się z trzeciego sektora: szefowie stowarzyszeń, członkowie organizacji społecznych; po prostu ludzie czynu, którzy każdego dnia wpadają na tuzin pomysłów i bez zbędnego namysłu starają się je realizować. Koncepcja partii liderów, którym ludzie potrzebni są raz na kwartał by zagwarantować frekwencję na walnym zebraniu członków, a tym samym spełnić wymogi statutowe, zdecydowanie NaM nie odpowiadała. Dla nas ważni byli ludzie, traktowani nie instrumentalnie lecz podmiotowo. Nie chcieliśmy uwiarygadniać tzw. liderów w ich wygodnych funkcyjnych fotelach. O tę skałę Platforma w Raciborzu po raz kolejny się rozbiła. Wiosną 2007 roku 35 członków Nowej Generacji opuściło szeregi partii. Mieliśmy większość i mogliśmy powalczyć jeszcze dla siebie o popularną markę. Uznaliśmy jednak, że nie warto tracić energię na wewnętrzne spory i przepychanki. W partii jest ścisła hierarchia więc nigdy nie moglibyśmy mieć pewności, że efekt naszej pracy nie zostanie ponownie zniweczony, kolejnym zrzuconym na spadochronie niechcianym kandydatem na prezydenta. Tak zrodziła się idea Raciborskiego Stowarzyszenia Samorządowego NASZE MIASTO. NaM nie ma nic wspólnego z akcją wyborczą lecz ma trwale, w kilkuletniej perspektywie wpisać się w raciborską scenę polityczną.

Niespełna pół roku po wyborach samorządowych poszliśmy zatem swoją drogą zamykając ostatecznie rozdział pod tytułem Platforma Obywatelska. Artur Jarosz dostał fotel wiceprzewodniczącego rady miasta, Lenartowicz w nagrodę za lojalność została sekretarzem powiatu, mimo że poseł rekomendował staroście na to stanowisko Waldka Tańskiego; Siedlaczek wzmocnił swoją pozycję w partii eliminując kolegę konkurenta. Wreszcie lokalna PO mogła po raz kolejny zapaść w powyborczy sen. Zbudzi się zapewne przed wyborami – podobnie jak inne lokalne ugrupowania.

(Wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń nie są w tekście przypadkowe).

Polska XXI była szansą na realizację idei POPiSu, a więc sensownej merytorycznej większości mogącej zmieniać oblicze Polski. Miałem nadzieję, że pozostanie ruchem obywatelskim i nie przekształci się w przywołującą negatywne skojarzenia partię. Po wycofaniu się z przywództwa Rafała Dutkiewicza, który bez wątpienia jest synonimem sukcesu samorządowego nie tylko na skalę krajową, ale i europejską, w mojej opinii szanse te zostały niestety zaprzepaszczone. Cóż, pozostanie zatem jeszcze poczekać na rycerza, który konsekwentniej, niż prezydent Wrocławia zrealizuje obietnice "wymiecenia klasy politycznej" w naszym kraju.

Robert Myśliwy

Liczba komentarzy: 1

»

  1. ble…ble

    autor: pepewroc — 25 marca 2014 - 16:24

Leave a comment [+]

Decydując się na korzystanie ze strony www.nam-raciborz.pl w jakiejkolwiek sposób (publikowanie opinii, komentarzy, zdjęć oraz innych materiałów) godzą się Państwo z poniższym regulaminem:

  • Zabronione jest publikowanie treści wulgarnych, obraźliwych, nawołujących do przemocy, nacjonalizmu, propagujących faszyzm i inne zabronione ideologie.
  • Zabronione jest publikowanie treści noszących znamiona agitacji politycznej bądź komercyjnej reklamy.
  • Zastrzegamy prawo do cenzury bądź wymazywania wszelkich materiałów tekstowych i graficznych zawierających wyżej wymienione elementy. Zastrzegamy prawo do cenzury bądź wymazania materiałów tekstowych i graficznych bez podania przyczyny.
  • Każdy komentarz, który łamie regulamin, mogą Państwo zgłosić naszemu administratorowi poprzez kontakt telefoniczny bądź mailowy. Po otrzymaniu zgłoszenia administrator niezwłocznie, najpóźniej w ciągu 48 godzin roboczych, indywidualnie podejmuje decyzję o ewentualnym ocenzurowaniu bądź wymazaniu wypowiedzi. Podczas dodawania materiałów tekstowych i graficznych nasz system rejestruje numer IP komputera, z którego nadana została wiadomość. Numer ten w żadnym wypadku nie będzie publikowany, może być jednak przekazany organom ścigania jeśli te zwrócą się do nas w tej sprawie.
  • Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Każdą wypowiedź, która narusza prawa osób trzecich mogą Państwo zgłosić naszemu administratorowi poprzez kontakt telefoniczny bądź mailowy. Po otrzymaniu zgłoszenia administrator niezwłocznie, najpóźniej w ciągu 48 godzin roboczych, indywidualnie podejmuje decyzję o ewentualnym ocenzurowaniu bądź wymazaniu wypowiedzi. Podczas dodawania wypowiedzi nasz system rejestruje numer IP komputera, z którego nadana została wiadomość. Numer ten w żadnym wypadku nie będzie publikowany, może być jednak przekazany organom ścigania jeśli te zwrócą się do nas w tej sprawie.
  • RSS Nasze Miasto dokłada wszelkich starań, by nie naruszyć praw autorskich majątkowych bądź osobistych innych osób. W razie gdyby naruszenia takie pojawiły się na stronie www.nam-raciborz.pl, w treści publikowanych materiałów bądź zdjęć, albo też zostały zawarte w komentarzach czytelników, prosimy o natychmiastowe powiadomienie poprzez e-mail: kontakt@nam-raciborz.pl